Skip to content

Rise and shine

by w dniu Sierpień 9, 2012

Piranha Bytes jest (wciąż) żywym dowodem na to, że jedna franczyza to wystarczający powód, by zaskarbić sobie dozgonny szacunek graczy i okryć się wieczną chwałą. Mowa tu rzecz jasna o legendarnej już trylogii (sic!) Gothic, będącej nieodrodnym dziecięciem pasji i szczerego entuzjazmu. Wszak część pierwsza stworzona została przez grupę dłubiących „w garażu” zapaleńców, którzy dopiero projektując jej sequel stali się poważnym kręgiem developerów ubranych w idealnie skrojone garnitury. Dziecko swoje jednak odrobinę zagubili, porzucając markę po starciu z wydawcą, ale zakasali rękawy i nie tracąc rezonu zaczęli raz jeszcze. Od samego początku? Tak po prawdzie, nie do końca…

Image

Gdyby ktoś zapytał mnie, za co przede wszystkim uwielbiana jest ich pierwsza trylogia, bez zastanowienia wypaliłbym, że siła jej siła tkwi w atmosferze, jakże chwytliwym słowie-wytrychu. Uniwersum Gothica jest bowiem krainą surową oraz niegościnną, w której łatwiej oberwać kordzikiem między żebra, niźli zostać uraczonym owsianką w przydrożnej karczmie. Od niektórych konwersacji jakby krzepnie powietrze, a grasujące po kniejach bestie nie słyszały najwyraźniej o odrobinie litości. Piszę o tym dlatego, ponieważ Risen, który w 2009 roku dał początek kolejnej serii autorstwa Piranha Bytes jest krajobrazem nader paralelnym. Nie chodzi nawet o to, że tytuł w pewien sposób nawiązuję do sytuacji firmy. Cóż mogło dać graczowi wcielającemu się w Bezimiennego większą satysfakcję niż zamiana łachmanów na wygodną, pełnoprawną zbroję symbolizującą przynależność do danej frakcji? Może dzika radość powstała z faktu ubicia niegodziwej kreatury, która prześladowała nas, gdy byliśmy mniej doświadczonymi wędrowcami? Przecież doskonale rozumiecie, o czym mowa.

Image

Protagoniście Risena tradycyjnie poskąpiono imienia. Raz jeszcze zaczynamy jako nikt znikąd, rozbitek pozbawiony godziwego wyposażenia i treningu. Lądujemy na wyspie o tropikalnym sznycie, w sam środek zatargu między kryjącymi się na bagnach buntownikami, a postrzeganą jako najeźdźcy Inkwizycją. Rychło okaże się, że i tym razem obcować będziemy głównie z odcieniami szarości. Rosnąc więc w siłę, sukcesywnie zawiązujemy znajomości i koneksje, jednocześnie odkrywając tajemnice nieprzyjaznego środowiska oraz zgłębiać zarzewie konfliktu. Wielbiciele dotychczasowej twórczości studia nie powinni czuć się zagubieni, choć nie ryzykowałbym tezy, że to powrót do domu. Risen raz jeszcze (tym razem wyraźniej) odzwierciedla zapatrzenie developerów w piracko-morskie opowieści (co w pełni definiuje dopiero sequel gry), jednocześnie ciągnąc nas w głąb lądu, do alternatywnego, barwniejszego, jakby gothicowego świata naszpikowanego nawiązaniami do starych, dobrych przygód. Szkoda jednak, że pod niewieloma względami dorównuje prominentnemu poprzednikowi.

Image

Ambiwalentne odczucia mam przede wszystkim względem treści i fabuły. Pierwsze dwa rozdziały to wysoce przyzwoite rewiry. Stawianie początkowych kroków w naszpikowanych questami hubach jest bardzo satysfakcjonujące i autentycznie wciąga, bowiem raz jeszcze dzielnie wspinamy się po hierarchicznej drabinie, mierząc z większymi i mniejszymi zagwozdkami, jednocześnie ciesząc się swobodą. Można wytknąć palcem miałki „character development”, nie zawsze solidne cut-scenki czy dialogi, ale w ogólnym rozrachunku przyjemnie jest zatopić się w świecie gry, chłonąć jej specyficzny klimat. Szkoda tylko, że – nie zdradzając, gdzie mknie główny wątek – kolejne fragmenty gry przypominają mozolny, liniowy dungeon crawler przemieszany z pozbawionymi finezji, nużącymi perypetiami; płaszczyk tajemniczości i dramaturgia rozmywają się nieodwracalnie, a wątki rozjeżdżają i brakuje im jakiejś wyraźniejszej konkluzji. Finałowa walka, jak i następujący po niej epilog (?) to już w ogóle sromotne rozczarowanie. Brakuje także wyrazistych postaci na miarę drugoplanowych ulubieńców z trylogii.

Bardziej interesująco wypada oddany do dyspozycji gracza świat, oferując nam szerokie połacie ziemi skąpane w promieniach tropikalnego słońca. Pełno tu zakamarków, sekretnych przejść i łupów, o których zdobycie często starać się będzie trzeba za pośrednictwem stali i krwi. Nie zabrakło także pułapek ani zagadek logicznych. Miłośnicy craftingu również powinni być ukontentowani, bowiem na widok czekającej roboty, ta zapewne zacznie palić im się w rękach. Wreszcie, nie mam nic do zarzucenia tzw. „replayability value”, grę spokojnie można ukończyć co najmniej dwa razy, stając po różnych stronach barykady. Brzmi znajomo? Owszem, w mojej opinii aż nazbyt. Risen z pewnością nie może poszczycić się sporą innowacją w porównaniu do poprzednich gier Piranii, wydaje się być wręcz przesadnie zachowawczy.

Image

Według mnie największą bolączką gry jest jednak system walki, dający nam tylko dwie możliwości – pokochaj mnie albo znienawidź. Jako gracz uwielbiający wyzwania i piętrzące się trudności bez mrugnięcia okiem uzbroiłem się w stalowe nerwy i ruszyłem do akcji. Przez sporą część gry nie miałem powodów do narzekań, jako że system sprawiedliwie udzielił mi wielu lekcji pokory i pomógł wycyzelować własny styl. Szkoda, że w pewnym momencie doszło do gwałtownej zmiany i walka stała się powodem do frustracji. Adwersarze zaczęli zachowywać się niekonsekwentnie i chaotycznie, a poziom trudności wzrósł przez to absurdalnie, mimo starannie rozwijanej postaci i pieczołowitego eksploatowania contentu gry. Internauci, jak wykazało moje drobiazgowe śledztwo, przekonują, że problem z tym aspektem mają głównie gracze nieudolni, a do balansu systemu przyczepiać się jakoby nie wypada. Osobiście pozostanę przy swoim zdaniu, przekonany o tym, że przynajmniej część winy leży po stronie designu.

Rzecz jasna nie godzi się rozmawiać o stronie wizualnej gry pochodzącej ale uczciwie oddam, że mimo upływu lat światło czy efekt głębi nadal prezentują się solidnie. Z drugiej strony, pokraczna animacja i toporne modele straszyłyby zapewne i parę wiosen wcześniej, jednak jak zwykle wypada przymknąć na nie oko. Ot, developerski trademark. W ogólnym rozrachunku strona wizualna nadal jest zjadliwa, a scenografia w wielu miejscach przywiedzie na myśl trylogię. Muzyka, choć generyczna i nieco powtarzalna, całkiem nie najgorzej podkreśla atmosferę. Na gromkie brawa zasługuje natomiast aktorstwo, bowiem zaangażowano kilka większych i mniejszych gwiazd, wśród których prym wiedzie Andy Serkis.

Image

Gdybym miał zdefiniować Risena jednym określeniem, wybór padłby na „dysproporcję”. Ambiwalencja w odczuciach towarzyszyła mi zarówno wraz z rozwojem głównego wątku, jak i podczas doskonalenia stylu walki. Nawet przyglądając się temu, jak Piranie uporały się z oprawą audiowizualną można odnieść wrażenie o kontraście. Końcowy efekt to tytuł obowiązkowy dla fanów studia i frapująca propozycja dla fanów szeroko rozumianego gatunku RPG, zwłaszcza dla tych mających dryg do akcji. Osobiście odniosłem jednak wrażenie, że jest to także wynik nie do końca bliżej sprecyzowanych planów, korsarska szalupa z porwaną banderą, dryfująca gdzieś pomiędzy „old-schoolową” przygodą w chropowatym świecie fantasy (Gothic II), a dosadniejszym wypukleniem pirackich akcentów (Risen 2). Powrót do starej trylogii wydaje się bardziej koszerną perspektywą niż ponowne wcielenie się w pozbawionego imienia rozbitka. Jako oddany wielbiciel pierwszych gier Piranii jestem mocno rozczarowany. A może po prostu przestają mnie bawić gry?

6.5/10

Advertisements

From → Gry

Dodaj komentarz

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: